Wywiad z Filipem Jaślarem - "Wieści Podwarszawskie"



27 lutego 2005 nr 8

Zapewniam, że przed koncertem nie egzaminujemy widzów ze znajomości muzyki klasycznej.

Z FILIPEM JAŚLAREM, pierwszym skrzypkiem Grupy MoCarta, rozmawia
Agata Bochenek.

- Kto jest najważniejszy w Grupie MoCarta?

- Jest nas czterech i wszyscy jesteśmy tak samo ważni. Tak się składa, że nie mamy lidera. A tak naprawdę, to najważniejsza jest publiczność, jesteśmy po to, żeby ją bawić.

- Grupa MoCarta jest określana jako kwartet smyczkowy o ambicjach kabaretu muzycznego. Czy można zatem powiedzieć, że łączycie muzykę poważną z kabaretem? Jeśli tak, to jesteście bardziej kabaretem, czy kwartetem? Jak to z wami, Panowie, jest?

- Jak z nami jest? Ktoś powiedział o nas kabaret smyczkowy i to jest najbliższe prawdy. Można określić, że łączymy kabaret z muzyką poważną, choć to połączenie jest dziełem przypadku. Dziesięć lat temu, gdy byliśmy jeszcze studentami, nowo powstała telewizja Canal+ poszukiwała osób, które zaprezentują muzykę klasyczną, ale w sposób lekki, łatwy i przyjemny. W ten sposób powstały krótkie, kilkuminutowe utwory, które często kończyły się pointami i były takimi skeczami muzycznymi.

- Powiedział Pan - dziesięć lat temu. To chyba zanosi się na huczny jubileusz.

- Z jubileuszem czekamy do 25-lecia. Teraz świętujemy każdy koncert osobno.

- Kto wymyślił, przyzna Pan, dość nietypową nazwę zespołu?

- Na samym początku "opracowaliśmy" dla telewizji "Eine Kleine Nachtmusik" Mozarta. Skoro zaczęliśmy od Mozarta, to Edward Mikołajczyk, znana telewizyjna postać, wymyślił taką nazwę, która do nas przylgnęła.

- A gdyby spośród kompozytorów miał Pan wymienić najbardziej ulubionego i podziwianego, to byłby...

- Oczywiście Mozart. Za lekkość, z jaką komponował, za żart, za uśmiech skrzący się z jego utworów.

Wyłapuje więcej żartów

- W pewnym momencie zrezygnowaliście Panowie z występów w telewizji i pokazaliście się publiczności "na żywo". Pamięta Pan pierwszy koncert Grupy MoCarta?

- W telewizji występowaliśmy półtora roku, a potem zawiesiliśmy działalność. Wkrótce po tym, w 1997 r. zostaliśmy zaproszeni na przegląd kabaretowy PaKa w Krakowie. Mieliśmy być takim przerywnikiem między poszczególnymi częściami, wprowadzającymi następny temat koncertu. Graliśmy krótkie utwory w jakiś sposób nawiązujące, oczywiście humorystycznie, do kolejnego występu. Wtedy w Krakowie poznaliśmy środowisko kabaretowe, zaproponowano nam kolejny, prawdziwy, godzinny koncert i dowiedzieliśmy się, jaką siłę oddziaływania na publiczność ma Grupa MoCarta.

- Porozmawiajmy zatem o publiczności. Czy to, co Panowie robicie, jest dla osób, które doskonale znają się na muzyce i potrafią wyłowić z granego utworu fragmenty muzyki klasycznej, czy też jesteście dla wszystkich, którzy chcą was słuchać?

- Ważni są ludzie, którzy przychodzą na nasze koncerty. Wszystkich traktujemy tak samo poważnie, do każdego koncertu przygotowujemy się tak samo solidnie i rzetelnie. W tym co robimy, nie ma ani odrobiny rutyny. Jednak to, co oferuje Grupa MoCarta, nie jest sztuką wprost. Bazujemy na skojarzeniach, ale nie tylko z muzyką poważną, także z muzyką popularną. Stąd na naszych koncertach każdy znajdzie coś odpowiedniego i miłego dla siebie. Zapewniam, że przed koncertem nie egzaminujemy widzów ze znajomości muzyki klasycznej.
Na szczęście jest tak, że generalnie jesteśmy rozumiani przez publiczność. Cieszą nas pełne sale na koncertach, cieszy, że mamy publiczność inteligentną i wrażliwą, która dobrze bawi się na naszych występach. Pozwala się wyszumieć

- Absolwenci Akademii Muzycznej, dlaczego nie zostaliście zwykłymi muzykami klasycznymi, grającymi w filharmonii?

- Prawdziwa sztuka niekoniecznie powstaje we frakach. Może powstawać także na zwykłej scenie, gdy artysta spotyka się z widzem. Właśnie na tym styku tworzy się sztuka. Praca w Grupie MoCarta jest dla nas wielkim szczęściem, w pełni twórcza, pozwala wyszumieć się naszym temperamentom. Poza tym daje kontakt z publicznością, co sprawia ogromną satysfakcję.

- Gdzie Panowie szukacie pomysłów do kolejnych utworów?

- Myślimy nad tym cały czas. Pomysły pojawiają się nieoczekiwanie, na koncercie, na próbach, człowiek nie zna ani dnia, ani godziny. Najgorzej jest z tymi pomysłami, które przychodzą w czasie koncertu, bo nie dość, że rozpraszają, to łatwo uciekają z pamięci.

- Czy to, co Panowie robicie, można nazwać popularyzacją muzyki klasycznej?

- Nie jest to naszym celem. Jesteśmy głównie po to, żeby bawić publiczność. Ale jeśli przy okazji popularyzujemy muzykę klasyczną, to dobrze. Często po koncercie podchodzą do nas młodzi ludzie i mówią: Było fantastycznie, nie spodziewaliśmy się, że muzyka poważna ma takie możliwości...

- A Mozart jest wiecznie żywy.

- Jak najbardziej.

- Życzę wam Panowie tego samego - żeby Grupa MoCarta była wiecznie żywa.

- Oby! O tym właśnie marzymy.

- Dziękuję za rozmowę.